22 października 2017 roku przypadła 69. rocznica śmierci kard. Augusta Hlonda. Wielu chrystusowców w kraju i za granicą modliło się w tym dniu o jego beatyfikację.

Szczególnymi miejscami, gdzie zgromadzili się chrystusowcy były: bazylika prymasowska w Gnieźnie (relacja dostępna jest na stronach Ośrodka Postulatorskiego), tam znajduje się serce kard. Hlonda oraz warszawska katedra św. Jana Chrzciciela. W tym drugim miejscu, przy grobie kard. Hlonda modlił się ks. Leszek Kryża SChr i ks. Włodzimierz Maruszewski SChr, którzy wcześniej sprawowali Mszę św. w intencji beatyfikacji.

Modlitwa ta jest o tyle istotna, że obecnie zbliżamy się do formalnego zakończenia procesu beatyfikacyjnego Sługi Bożego kard. A. Hlonda. Praktycznie pozostały jeszcze dwa kroki - zebranie Komisji Kardynałów i Biskupów oraz podpisanie przez Ojca świętego Dekretu o heroiczności życia i cnót Prymasa Założyciela. Do beatyfikacji potrzebny będzie jeszcze cud, wyproszony za wstawiennictwem Prymasa Hlonda.

Fragmenty z Listu okrężnego ks. Ignacego Posadzego pt.: "Na śmierć Założyciela":


Kochani Księża!

Żyjemy wszyscy pod wrażeniem straszliwego ciosu, który spotkał Kościół katolicki, Naród polski, Polonię zagraniczną, a zwłaszcza nasze Towarzystwo. W dniu 22 października zmarł w Warszawie kardynał August Hlond, Prymas Polski, Założyciel naszego Towarzystwa.

Ojciec święty stracił w Zmarłym światłego doradcę w sprawach Kościoła świętego we wschodniej Europie. Pamiętamy dobrze, jak z tego powodu zmarły Prymas Polski zawsze miał wolny przystęp do Ojca świętego, ilekroć bawił w Rzymie. Kościół święty stracił w nim jednego z najwierniejszych i najzdolniejszych kardynałów. Naród polski opłakuje stratę swego Wodza duchowego, który przez dwadzieścia lat prymasostwa, w swych płomiennych przemówieniach i listach pasterskich wskazywał mu drogi dziejowego posłannictwa a potęgą swej myśli uskrzydlał ducha polskiego. Polonia zagraniczna w ogromie bólu chyli dziś swe żałobne sztandary u trumny swego Protektora. Nie było przecież na wychodźstwie polskim znaczniejszych poczynań, których głową i sercem nie był Prymas Polski. Największy cios jednak spotkał nasze Towarzystwo, które jak ta biedna sierota w nieutulonym żalu i smutku stoi u trumny tego, który z woli Opatrzności Bożej był jego Założycielem, jego Protektorem i zawsze życzliwym Przyjacielem.

Zaledwie kilka tygodni temu, kiedy miałem szczęście rozmawiać z śp. Zmarłym w czasie dwugodzinnej audiencji w Gnieźnie, wypytywał się o wszystkie szczegóły dotyczące obecnego stanu Towarzystwa, kreślił plany na przyszłość, udzielał rad i wskazówek. Aż wierzyć się nie chce, że to wielkie serce Założyciela bić przestało na zawsze. Niezbadane są wyroki Boże. Czujemy jednak, że Towarzystwo poniosło największą stratę od chwili swego powstania, toteż serca nasze przejęte są bólem najgłębszym, a każdy z chrystusowców dziś tym bólem żyje i oddycha. Siedemnaście lat czułej, ojcowskiej opieki Założyciela nad Towarzystwem, to wiekopomna zasługa, która w dziejach Towarzystwa jaśnieć będzie niezrównanym blaskiem.

[...]

Jak grom z jasnego nieba uderza w nas wiadomość o jego śmiertelnej chorobie. W dniu 20 października spieszę z naszego domu w Ziębicach, by udać się do Warszawy, do łoża naszego ukochanego Wodza. Dawno już nie przeżywałem takiego wewnętrznego szamotania się i tak tragicznych chwil. Tegoż dnia późnym wieczorem stanąłem przy jego łożu boleści. Byłem wzruszony do łez. Zapewniłem go o naszym serdecznym współczuciu. Mówiłem mu o modlitwach, które bezustannie płyną przed Boży tron w jego intencji, o tych Mszach św. odprawianych o jego zdrowie: „Chcemy wyrwać Niebu łaskę powrotu do zdrowia Waszej Eminencji" - szeptałem z trudem, bo głos mi w gardle zamierał ze wzruszenia. A on dobrotliwie się uśmiechał. Potem wyrzekł również wzruszonym głosem te słowa:

„Błogosławię kapłanom, klerykom, braciom i seminarzystom Towarzystwa".

Nazajutrz przyjął sakrament namaszczenia. Przed tym ważnym aktem wypowiedział słowa:

„Niech uchodzi wszystko co ziemskie, bo zbliża się wieczność".

W dniu tym zachodziłem po kilka razy do jego pokoju. Przy tej sposobności prosił ponownie o modlitwę:

„Módlcie się! Uratować mnie może tylko cud Matki Najświętszej".

Innym razem odezwał się do mnie:

„Siły szatańskie zwyciężyły ciało moje. Lecz wy walczcie dalej. Zwycięstwo wasze jest pewne. Niepokalana dopomoże wam do zwycięstwa".

Krótko potem, gdy prosiłem go o ostatnie wskazania dla Towarzystwa, zastanowił się na chwilkę jakby w modlitewnym skupieniu, a potem wyrzekł z dziwną mocą te słowa:

Ut unum sitis. - Abyście jedno byli".

Regulując wszystkie swoje sprawy doczesne, nie zapomina o Towarzystwie. Piękny dom piętrowy w Puszczykowie, który stanowi jego własność osobistą przekazuje wobec świadków na rzecz Towarzystwa.

„Teraz nie mam już żadnych spraw. Mogę odejść i odchodzę z radością. Do niczego nie byłem przywiązany. Byłem kardynałem, lecz żyłem jak zakonnik. Pracowałem dla Chrystusa i dla Polski".

Jeszcze później wyrzekł inne natchnione słowa:

„Odchodzę, albowiem do spełnienia zamiarów Bożych nie potrzebny jest człowiek. W przyszłość ładu, pragnienia i szczęścia wprowadzi Was nie Prymas, ale sam wielki Bóg".

Wzruszające, a zarazem świadczące o jego wielkiej pokorze były słowa powtarzane kilkakrotnie:

„Gdyby mi Pan Bóg pozwolił jeszcze żyć, to byłbym lepszym człowiekiem".

Zbliża się jego ostatnia noc na tym padole płaczu. Była to koszmarna noc, którąśmy spędzili we łzach i na modlitwie, pocieszając się ciągle jeszcze nadzieją, że cud Niepokalanej wyrwie Drogiego Chorego z uścisku śmierci. Brzask pamiętnego piątku rozproszył ciemności nocy. Rozproszył jednak również wszelkie ludzkie nadzieje. Gdyśmy rano z ks. biskupem Lucjanem Bernackim zbliżyli się do łoża chorego, usłyszeliśmy słowa tak tragiczne w swoim brzmieniu:

Moriturus vos salutat".

Ksiądz Prymas cierpiał straszliwie. Wszystkie jednak cierpienia znosił z heroiczną cierpliwością i wyjątkową pogodą ducha. Umierał jak przystało na duchowego Wodza, dla którego wiara heroiczna była zawsze najpierwszą cnotą. Umierał śmiercią godną wielkiego Prymasa Polski, syna męczeńskiego narodu. Odmawialiśmy różaniec, a potem litanię za konających i wszystkie modlitwy przepisane rytuałem. Życie Założyciela gasło powoli. Z minuty na minutę gotował się jego wielki duch do odlotu na łono Ojca. Mimo to, zachowywał do końca niezmąconą jasność i przytomność umysłu, powtarzając stygnącymi już ustami odmawiane przez nas głośno modlitwy.

W ostatniej jeszcze chwili jego bezwładną zimną dłoń podnosi ktoś z obecnych i kreśli nią ostatni znak błogosławieństwa. A potem ostatnie jego westchnienie, ostatnie spojrzenie na obecnych, i to wielkie serce, które tyle umiłowało i tyle wycierpiało, przestało bić na zawsze. Płakaliśmy wszyscy - biskupi, kapłani, siostry zakonne. A on leżał z obliczem rozjaśnionym, z wizją nadziemskiego szczęścia. Cała Polska w żałobie modli się za duszę swego, wielkiego Prymasa. Szczególne modły zanoszą chrystusowcy w Polsce i w innych krajach Europy. Odmawiają niezliczone różańce, odprawiają dziesiątki Mszy św. za duszę swego wielkiego Założyciela. Lecz to samo jednak nie wystarczy. Prócz tego hołdu, prócz tej bogatej daniny modlitw, żyjmy przede wszystkim jego duchem.

W duszy naszego Założyciela płonął wielki ogień miłości Boga i nieśmiertelnych dusz. Tym ogniem zapalał, budził do życia, uszlachetniał wszystkich, którzy spotykali się z nim osobiście, lub czytali jego natchnione słowa. Ten zapał nosił na sobie znamiona prawdziwie heroicznej gorliwości o dobro dusz. A ogień ten nigdy nie przygasał, lecz rozpalał się w płonące ognisko. Ogień ten wewnętrzny, zmarły nasz Założyciel, podsycał głębokim życiem wewnętrznym. Podtrzymywał jego żar gorącym nabożeństwem do Serca Bożego oraz do Matki Boskiej, Wspomożycielki Wiernych.

Idźmy więc za jego przykładem! Bądźmy takimi, jakimi chciał nas widzieć w pracach apostolskich i na modlitwie. Bądźmy godnymi synami naszego wielkiego Ojca i Założyciela. U trumny naszego Hetmana i Założyciela powtórzymy dziś za nim i jego własnymi słowy wezwanie, brzmiące dziś dla nas jak przysięga:

„Pójdziemy z Chrystusem w naród i jego życie!".
„Pójdziemy na pracę, na czyn osobisty, ukryty i nieznany!".
„Pójdziemy na wspólne działanie!".
„Najwyższą zasadą będzie nam miłość Boga i narodu, prawdy i błądzących!".

Z serdecznym pozdrowieniem i błogosławieństwem, kochający Was w Chrystusie

ks. I. Posadzy TChr
Poznań, dnia 1 listopada 1948 r.


ponad 2 tygodnie temu, 2017-10-22 183 578 Drukuj

Towarzystwo Chrystusowe

ul. Panny Marii 4, 61-108 Poznań, tel. +48 61 64 72 100

2014 - 2017 © Wszelkie Prawa Zastrzeżone

projektowanie, design, stron www, design,branding, projektowanie logo, aplikacje mobilne